piątek, 21 października 2016

Pseudonauka w służbie ideolo. Studium przypadku

 Dowiedziałam się dziś ciekawej rzeczy. Otóż profesor dr hab. Bogdan Chazan, były dyrektor Szpitala Świętej Rodziny w Warszawie, od niedawana orędownik rodzenia za wszelką cenę oraz obrony życia od momentu poczęcia powiedzieć miał, że cyt. osoby o poglądach lewicowych częściej mają problemy z zajściem w ciążę, a przyczyną zaburzeń płodności jest przesadna dbałość o szczupłą sylwetkę (źródło).
Zdziwiło mnie to tak mocno, że przysłowiowa „szczęka spadła mi na podłogę”. 

  
Postanowiłam więc formalnie ustosunkować się do stwierdzeń, które profesor raczył wypowiedzieć na naukowym sympozjum współorganizowanym przez Wojewodę Wielkopolskiego oraz Katedrę i Klinikę Neonatologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Oto moja odpowiedź. Nie emocjonalna. Chociaż teraz trzęsą mi się ręce ze złości!


Szanowny Panie Profesorze,
Z wielkim zdumieniem przeczytałam zamieszczoną w prasie wypowiedź, którą miał Pan wygłosić w trakcie sympozjum naukowego współorganizowanego przez Wojewodę Wielkopolskiego oraz Katedrę i Klinikę Neonatologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu i zatytułowanego "Profilaktyka, rozpoznanie przyczyn i leczenie niepłodności". W trakcie tego sympozjum miał Pan powiedzieć, że cyt: Osoby o poglądach lewicowych częściej mają problemy z zajściem w ciążę, a przyczyną zaburzeń płodności jest przesadna dbałość o szczupłą sylwetkę (źródło: Głos Wielkopolski z dnia 21 października 2016).
Wypowiedź Pana Profesora uważam nie tylko za społecznie szkodliwą ale również nie popartą żadnymi wynikami prac naukowych opublikowanymi w światowej literaturze naukowej.
Kobiety szczupłe nie mają problemów z zajściem w ciążę. Przeciwnie, w ich przypadku szansa na zajście w ciążę jest wyższa w porównaniu z kobietami z nadwagą i kobietami otyłymi. Świadczą o tym wyniki wielu badań opublikowanych w światowych czasopismach naukowych. W badaniach tych zaobserwowano zależność pomiędzy szansą na zajście w ciążę a otłuszczeniem określonym przy pomocy wskaźnika masy ciała (BMI). U kobiet z nadwagą i otyłością (BMI powyżej 25) obserwuje się obniżoną szansę na zajście w ciążę, przy czym wzrost BMI o jedną jednostkę (1 kg/m2) związany jest z 4% spadkiem szansy na ciążę (badania van der Steeg i wsp. 2007). Podobny efekt zaobserwowano w innych badaniach (np. Gesink Law i zespół 2006 oraz Wang i  zespół, 2000). W przypadku kobiet o niższym otłuszczeniu obniżoną szansę na ciążę obserwowano jedynie u kobiet bardzo szczupłych o BMI poniżej 18-19 kg/m2.
            Ponadto, kobiety z nadwagą i otyłe mają większą szansę na ciążę jeśli schudną. Spadek masy ciała w efekcie aktywności fizycznej i utrzymywania diety związany jest z podwyższeniem szansy na ciążę, zarówno w wyniku zapłodnienia naturalnego i jak i metodą in vitro. Wykazały to między innymi badania autorów Clark i zespołu (1995), Hollmann i zespołu (1996) oraz Kort i zespołu (2014). Najważniejsze wyniki badań w tym zakresie podsumował Norman z zespołem w artykule opublikowanym w Human Reproduction w 2004 roku. Wynika z niego jednoznaczny wniosek, że to nadwaga i otyłość a nie szczupłość związana jest z mniejszą szansą na ciążę.
Podobne wyniki mamy również dla polskich kobiet. W pracy doktorskiej oraz artykule z roku 2008 opublikowanym, razem z zespołem, w czasopiśmie Human Reproduction przeprowadziłam analizę zależności pomiędzy zawartością tkanki tłuszczowej w organizmie oraz poziomem estradiolu. Poziom tego hormonu mierzyliśmy codziennie w trakcie trwania całego cyklu menstruacyjnego. Kobiety szczupłe, które charakteryzowała niska zawartość tkanki tłuszczowej miały około 25-35% wyższy poziom estradiolu w porównaniu z kobietami o bardzo niskiej zawartości tkanki tłuszczowej oraz z kobietami z nadwagą i otyłością, które charakteryzowała wysoka zawartość tkanki tłuszczowej. Podobne wyniki, obniżonego poziomu estradiolu u kobiet z nadwagą i bardzo szczupłych,  uzyskali inni autorzy (Grenman i zespół, 1986, Kopelman i zespół, 1980, Leenen i zespół,1994 oraz Tworoger i zespół, 2006). Obniżony poziom estradiolu w cyklu menstruacyjnym, a zwłaszcza w pierwszej (folikularnej) fazie cyklu związany jest z  obniżoną szansą na zajście w ciążę zarówno w przypadku poczęć naturalnych  jak i poczęć w wyniku procedury in vitro (służę literaturą w tym zakresie).
            Nieznane mi są natomiast z literatury naukowej, żadne badania, które potwierdzałyby związek masy ciała bądź otłuszczenia z poglądami i orientacją polityczną.
            Szanowny Panie Profesorze, apeluję do Pana o większą rozwagę w wygłaszanych opiniach. Jako akademików, obowiązuje nas zasada mówienia tylko naukowo potwierdzonych prawd.

Z poważaniem,
dr n.med. Anna Ziomkiewicz-Wichary

środa, 5 października 2016

Strajk Kobiet czyli o tym jakie piekło szykują nam politycy


Jeszcze nie wyschło błoto z butów strajkujących w miniony, czarny poniedziałek (3 października) kobiet a już słyszę od różnych osób, że sprawa ustawy antyaborcyjnej to problem drugorzędny. Że stoi za nim coś więcej. Że to przykrywka dla przyjęcia umów CETA i TTIP. W domyśle czegoś dużo ważniejszego niż jakieś tam prawa kobiet do samostanowienia. Że tak naprawdę rządzący nie mają żadnego spójnego planu co do polityki rozrodczej w Polsce i bawią się w sondowanie opinii publicznej. Że to wyborcza kiełbasa i problem zastępczy, o którym wszyscy za chwileczkę zapomnimy.
Trudno mi się z tym zgodzić zwłaszcza, że sprawa dotyczy potencjalnej penalizacji ponad 10 mln osób w naszym kraju. Bo przecież niemal każda kobieta w wieku rozrodczym może poronić i w związku z tym zostać oskarżona o umyślne spowodowanie śmierci płodu. W myśl projektu ustawy antyaborcyjnej Stowarzyszenia Ordo Iuris nie wiadomo na podstawie jakich kryteriów i kto decydować ma o umyślności bądź nieumyślności przyczynienia się do śmierci płodu. Tak więc każda z nas kobiet jest potencjalną morderczynią i nawet jeśli nie zostanie wspaniałomyślnie ukarana, zostanie wpisana w rejestr sprawców wykroczeń. A to skutkuje ograniczonym dostępem kobiet do wykonywania niektórych zawodów i pełnienia niektórych funkcji państwowych.
Trudno mi się zgodzić ze stwierdzeniami tego rodzaju z jeszcze jednego  powodu. Odnoszę wrażenie, że postawa posłów z ugrupowania rządzącego wobec projektu ustawy Ordo Iuris zakazującego całkowicie aborcji to część większego planu, który pomalutku wprowadzany jest w życie. Tuż za naszymi plecami. Plan ten obejmuje nie tylko regulację kwestii aborcji ale także zakaz antykoncepcji, kompletny odwrót od procedury in vitro i ograniczenie dostępu do nieindoktrynowanej edukacji seksualnej. A wszystko w imię dobra suwerena. Czyli nas.

Diabelska antykoncepcja

Pomysł, że kobiety mogą same i niezależnie od woli kogokolwiek, decydować o tym kiedy i z kim urodzić dziecko budzi głęboki sprzeciw nie od dzisiaj. Ale w dobie ujemnego przyrostu naturalnego, „zalewu emigrantów” (który jakoś nam się dziwnym trafem nie przydarza) i potencjalnego skażenia puli genetycznej „prawdziwych Polaków” przez geny obce wywołuje reakcje wręcz dramatyczne. Dlatego już w marcu 2016 roku Minister Zdrowia Konstanty Radziwiłł mówił o tym, że należy absolutnie „przywrócić normalność” i wycofać ze sprzedaży bez recepty ElleOne – antykoncepcyjną tabletkę postkoitalną. Ponieważ nie tak łatwo jest wycofać decyzję poprzedniego Ministerstwa, bez wywołania powszechnej furii i sprzeciwu, sprawa jest ciągle w toku. Ale z nieoficjalnych źródeł już wiadomo, że z końcem 2016 dostęp do ElleOne ma zostać ograniczony receptą (źródło portal rynekaptek.pl).
O wiele łatwiej było natomiast przeprowadzić inną rzecz. Całkiem niedawno dowiedzieliśmy się, że z aptek zniknął preparat antykoncepcyjny Patentex Oval. Tani środek z niezbyt skutecznej ale porównywalnej z prezerwatywą grupy preparatów antykoncepcji chemicznej. Burza wybuchła bo Patentex ponoć wycofany został nie na wniosek Ministerstwa Zdrowia, jak doniósł Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, ale samego producenta. I niby nie problem, jak napisało kilka osób: „nieskuteczny środek, sam się wyeliminował z rynku”. Tylko, że Patentex był ostatnim, tanim i dostępnym bez recepty środkiem antykoncepcyjnym. Ograniczony został więc dostęp do antykoncepcji dla kobiet bardzo młodych, mniej zamożnych oraz tych, które z przyczyn medycznych nie mogą przyjmować pigułek hormonalnych.
Możecie pomyśleć, nie jest tak źle wciąż mamy pigułki i spirale. Sęk w tym, że jeśli przez głosowanie sejmu i senatu przejdzie jakakolwiek ustawa definiująca życie człowieka jako rozpoczęte w momencie zlania się komórki jajowej z plemnikiem otworzy to drogę do delegalizacji również i tych środków w Polsce. Wszelkie domaciczne wkładki mają bowiem w składzie substancje nie dopuszczające do zagnieżdżenia zarodka w macicy.
Radykalny projekt złożony w trybie petycji do kancelarii sejmu a przygotowany przez członków 86 organizacji pro-life (tylko czyj ten lajf?) przewiduje karę ograniczenia wolności do lat 2, zarówno za produkcję jak i za dystrybucję a nawet bezpłatne użyczanie  środków wczesnoporonnych i antynidacyjnych (określenie to nie występuje w terminologii medycznej ale oznacza wszystkie środki zapobiegające zagnieżdżeniu zarodka w macicy). Delegalizuje, więc de facto, antykoncepcję w Polsce.

Wyjątkowa perfidia działań przeciw in vitro

Procedura zapłodnienia in vitro czyli zapłodnienia poza ustrojem matki, pozwala doczekać się dzieci parom, które w każdy inny sposób skazane są na bezdzietność. Od początku rządowego programu finansowego wsparcia procedury, wprowadzonego przez koalicję PO-PSL w 2013 r, urodziło się tą metodą ponad 4 tys. dzieci. Niby wpisuje się to w plan zwiększania przyrostu naturalnego ale jednak coś z nią jest „nie tak”. No bo przecież to nie po bożemu mieć „dziecko z probówki”, w dodatku jak wiadomo z „dotykową bruzdą” na twarzy. Samemu i wbrew bożej woli zdecydować czy się chce i kiedy się chce a czasem i z jakim zespołem genów (choć nie koniecznie z jakim partnerem) się chce mieć to dziecko.
Zabronić in vitro tak łatwo się nie da, bo wtedy trzeba by powiedzieć otwarcie, że jest się przeciwko dobru suwerena. Można za to tak pomajstrować wokół samych warunków przeprowadzenia procedury by stała się niedostępna i nieskuteczna. Co więc robi Ministerstwo Zdrowia? Oczywiście wycofuje się z finansowania in vitro z budżetu państwowego. Niemal 18 tysięcy par w trakcie procedury zapłodnienia metodą in vitro będzie musiało zapłacić za nią z własnej kieszeni. Na nieszczęście dla naszych rządzących a na nasze szczęście są jeszcze trzeźwo myślące władze samorządowe, które finansują procedurę z budżetów samorządowych. Okazało się więc, że rządowe zaprzestanie finansowania to za mało.
Jak z kapelusza wyskoczył wtedy poselski projekt ustawy o obronie życia i zdrowia nienarodzonych dzieci poczętych in vitro  w myśl, której życie dziecka definiowane jest od momentu zlania się komórki jajowej i plemnika. W procedurze można będzie więc utworzyć tylko jeden zarodek i umieścić go w ciele kobiety w okresie nie dłuższym niż 72 godziny. Do tej pory zarodków można było utworzyć nie więcej niż 6 chyba, że specyficzne medyczne uwarunkowania wskazywały na potrzebę utworzenia i wszczepienia większej ich liczby. Głosami wszystkich posłów PiS i kilkudziesięciu w sumie posłów Kukiz’15, PO i PSL projekt przeszedł do dalszych prac.  Przy tworzeniu projektu ustawy posłowie zrezygnowali z jakiegokolwiek wsparcia ekspertów. W efekcie czego projekt zaprzecza podstawowej wiedzy z zakresu biologii rozmnażania. A z tego co wiemy, nawet do 30% zarodków odrzucanych jest przez organizm matki w trakcie pierwszych trzech miesięcy ciąży. Przyczyny są rozmaite – od genetycznych i fizjologicznych wad zarodków, których nie da się rozpoznać na tak wczesnym etapie  po niesprzyjające hormonalne i immunologiczne środowisko w organizmie matki.
Wszczepienie pojedynczego zarodka będzie się równać z głęboko zaniżoną szansą na zajście w ciąże w wyniku in vitro. Uczyni więc tą procedurę nie tylko bardzo drogą ale i nieskuteczną. Liczy się jednak polityczny efekt: przecież nasi dobrzy posłowie nie zakazują in vitro, walczą tylko w obronie nienarodzonych zarodków. A wszystko w naszym imieniu…

Niemoralna edukacja

Przytoczony na początku wpisu projekt zaostrzenia prawa aborcyjnego nie tylko penalizuje usuwanie ciąży nawet w tak drastycznych sytuacjach jak gwałt czy upośledzenie płodu w stopniu uniemożliwiającym jego przeżycie poza organizmem matki, usuwa też z dotychczas istniejącej ustawy legalny dostęp do edukacji seksualnej i wiedzy o metodach antykoncepcji zastępując ją „wychowaniem do życia w rodzinie obejmującym wiedzę o zasadach odpowiedzialnego rodzicielstwa oraz wartości rodziny i ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci”. Nauczanie  to ma respektować wartości moralne rodziców dzieci. W praktyce wprowadza więc zupełną dowolność w zakresie tego co w ramach zajęć mają nauczyć się młodzi ludzie. A skoro antykoncepcja ma być zakazana prawem, ze wszelką pewnością dzieci nie dowiedzą się o niej niczego. Przy obecnym klimacie polityczno-obyczajowym trudno w ogóle oczekiwać, że dzieci dowiedzą się czegokolwiek o seksie. Już teraz dostęp do szkół pracowników takich fundacji jak Ponton, które zajmują się edukacją seksualną jest bardzo utrudniony jeśli nie zupełnie niemożliwe – patrz wywiad z MinisterEdukacji Narodowej Anną Zalewską, która proponuje edukację seksualną „przede wszystkim w domu”. Skóra mi cierpnie kiedy słyszę o tym pomyśle ale to tylko moja skóra lewackiego wykształciucha.
Autorzy projektu ustawy i politycy PiS wychodzą więc z założenia, że jeśli o seksie i antykoncepcji nie będziemy głośno mówić to się nie wydarzą. Problem w tym, że taka postawa ma się do rzeczywistości tak jak pięść do oka. Jak mylne są te przekonania widać choćby na przykładzie głośnej sprawy ciężarnej 12-latki ze Starachowic, której partnerem seksualnym był 13-latek. Ciąże niechciane zdarzały się i będą zdarzać się zawsze. Blokowanie dostępu do edukacji seksualnej i wiedzy o metodach antykoncepcyjnych sprawi, że ich konsekwencje będą dużo bardziej dramatyczne zarówno dla matek jak i ich potencjalnych dzieci.

Co Ministerstwo oferuje nam w zamian?

Tego nie wie nikt… Narodowy Program Wspierania Prokreacji to mglista mieszanina obietnic i ideologicznego mambo-dżambo finansowana za pieniądze zaoszczędzone w ramach obcięcia budżetu in vitro. Z pomruków ministra Radziwiłła i jego wiceministra Jarosława Pinkasa  dowiadujemy się o „całościowym programie wspierania prokreacji”, tworzeniu „klinik referencyjnych”, w których bezpłodni pacjenci uzyskają dostęp do „procedur diagnostycznych” i „mądrej porady”. Czyjej? Nie wiadomo, ale biorąc pod uwagę agresywną postawę kościoła katolickiego w sprawie kontroli procesu rozmnażania (a raczej jej braku) i służalczy stosunek rządu wobec kościoła, można się domyślać kim będą Ci, którzy zaoferują to wsparcie. Zastanawiam, się czy to właśnie ta „mądra porada” natchnęła wiceministra do chirurgicznie precyzyjnej diagnozy niepłodności i bezpłodności męskiej w postaci za ciasnych gaci.
Przez chwilę słyszeliśmy o naprotechnologii jako rządowo wspieranej i ideologicznie w pełni „bezpiecznej” metodzie planowania rodziny. Co wiemy na jej temat? Właściwie niewiele oprócz tego, że opiera się na obserwacji temperatury i śluzu szyjki macicy.  Medyczne piśmiennictwo światowe w sprawie skuteczności metody naprotechnologicznej ogranicza się, jak na załączonym obrazku, do sześciu publikacji w czasopismach tak branżowo znakomitych, że nikt o nich nie słyszał.



A co dla tych, którzy nie chcą mieć dzieci. No cóż, wygląda na to, że szklanka zimnej wody albo kara ograniczenia wolności. Wybór jest Wasz i mój…

Smutna konstatacja

Ze studenckich wykładów z neurobiologii przypomina mi się eksperyment ze szczurami, którym naukowcy pozwolili na samodrażnienie ośrodków przyjemności/rozkoszy w mózgu. Szczury nie bacząc na głód, chłód i niewygody naciskały klapkę odpowiedzialną za pobudzanie tego ośrodka w mózgu aż do upadłego. Patrząc z perspektywy ludzkiej i teraźniejszej mam wrażenie, że politycy traktują nas jak owe szczury. Nie ważne co się nam przydarzy po drodze, ważne by na końcu dostać 500 do ręki.
I dlatego cieszę się bardzo, że kobiety w końcu tupnęły głośno nogę wyrażając swój zdecydowany sprzeciw polityczno-moralnej zabawie obozu rządzącego. I apeluję: nie bądźmy szczurami w rękach PiS eksperymentatorów.

PS. 5.10.2016 W chwili kiedy pisałam ten post sejmowa Komisja Sprawiedliwości odrzuciła projekt Ordo Iuris o całkowitym zakazie aborcji. O jego dalszym losie zadecyduje jutrzejsze sejmowe głosowanie. Ale nie mam wątpliwości co do tego, że nawet jeśli ten projekt polegnie pojawią się następne. Podobne.   

PS. 6.10.2016 Nie trzeba było długo czekać. Polska Federacji Ruchów Obrony Życia dowiozła dziś podpisy do swojego projektu w sprawie aborcji. 160 tysięcy. Pełny tekst propozycji ustawy można przeczytać tutaj. Mamy wszystko: nielegalną aborcję, nielegalne środki antykoncepcyjne oraz ochronę życia od momentu zlania się komórek męskiej i żeńskiej.
  

środa, 7 września 2016

Jeszcze o PMSie, zapaleniach i chorych receptorach














Pamiętacie mój wpis na temat syndromu napięcia przedmiesiączkowego czyli PMS-u? Jeśli nie to poczytajcie tutaj. Pisałam w nim trochę o hormonalnym podłożu PMS a dokładnie o jego związku z obniżonym poziomem progesteronu. Całkiem niedawno w prasie i w blogach z ambicjami naukowymi zrobiło się głośno o związku PMS z procesami zapalnymi. No i jak grzyby po deszczu pojawili się różnej maści pseudo dochtorzy i naturopaci co to PMS wyleczą Wam jagodami goji, bezglutenowym chlebkiem, brukselką i kryształami (sic!). A wszystko to za sprawą pewnego badania, z którym mam osobisty problem.


Syndrom napięcia przedmiesiączkowego i białko CRP

W czasopiśmie Journal of Women's Health w maju tego roku ukazał się artykuł, w którym badacze z University of California Davis stawiają hipotezę, że to procesy zapalne mogą stanowić mechanizm fizjologiczny pojawiającego się pod koniec cyklu syndromu napięcia przedmiesiączkowego. Do wniosku takiego doszły po przebadaniu próby ponad 2500 kobiet, w późnym wieku reprodukcyjnym (pomiędzy 45 a 52 rokiem życia). U kobiet tych zmierzono poziom białka CRP we krwi. Białko CRP (test high sensitivity-CRP albo hs-CRP) jest znacznikiem zapalenia. Jego poziom we krwi wzrasta gdy w organizmie dochodzi do procesu zapalnego. Jego stężenie powyżej 10 mg/L oznacza toczącą się chorobę (jakąkolwiek), ale stężenia niższe, lecz przewyższające 3 mg/L mogą mówić coś o ryzyku choroby układu krążenia w przyszłości.
Kobiety zapytano także o występowanie 8 specyficznych i związanych z cyklem menstruacyjnym objawów takich jak: bóle i skurcze brzucha, tkliwość piersi, przybieranie na wadze, nagłe zmiany nastroju, wzrost apetytu, bóle mięśni, stawów i pleców, lęki i nerwowość oraz bóle głowy. No i wyszło, że te u których poziom białka CRP był wyższy niż 3 mg/L, miały od 30 do 40% wyższą szansę na wystąpienie objawów takich jak gwałtowne zmiany nastroju, bóle i skurcze brzucha, tkliwość piersi oraz wzrost apetytu. Podsumowując te wyniki: wyższy niż 3 mg/L poziom CRP = wyższe ryzyko PMS.
Gdzie problem? Otóż, jak udało się zademonstrować zupełnie innym badaczom, wzrastające do poziomu ponad 3 mg/L poziomy stężenia występują u bardzo wielu kobiet i niekoniecznie oznaczają  toczący się proces zapalny. Jeśli zastosować do diagnozy kryterium podwyższonego powyżej 3 mg/L CRP,  na podstawie wyłącznie jednego pomiaru, w okresie okołomiesiączkowym zapalenia zdiagnozować można u ponad 40% kobiet. Jeśli do diagnozy użyjemy pomiarów z okresu owulacji już tylko 29%. A jeśli pomiarów zrobimy więcej okaże się, że podwyższone ponad próg stężenia ma ma niewiele ponad 2% kobiet. Stężenia CRP naturalnie zmieniają się w trakcie cyklu menstruacyjnego - najniższe są wtedy kiedy poziom estradiolu jest najwyższy - a więc w okolicach owulacji. Najwyższe zaś na krótko przed i w trakcie miesiączki. Możecie sami się o tym przekonać patrząc na poniższy wykres.

Stężenia metabolitów hormonów reprodukcyjnych (E1G, PdG, FSH) i białka CRP (za Wander i wsp. 2008)

W badaniu z Journal of Women's Health nie wiadomo kiedy dokonano pomiarów. Trudno więc też stwierdzić czy podwyższone poziomy CRP są efektem rzeczywistego procesu zapalnego toczącego się w organizmie, czy też konsekwencją normalnych cykli menstruacyjnych. Dodatkowym problemem, który utrudnia wnioskowanie jest też starszy wiek biorących udział w badaniu kobiet. Stężenia CRP rosną wraz z wiekiem, a okres okołomenopauzalny (ponad 50 lat) znacząco bo prawie o 70% podwyższa ryzyko wystąpienia zmian w nastroju. To znacznie więcej niż wzrost ryzyka związany z podwyższonym CRP.

Czy progesteron sprzyja zapaleniom? 

Przeprowadzone obserwacje i analizy doprowadziły autorów artykułów do prostego i jedynie słusznego wniosku: progesteron działa pro-zapalnie. Tyle, że korelacja czyli związek pomiędzy dwoma zmiennymi w analizie statystycznej nie zawsze oznacza zależność przyczynowo-skutkową w rzeczywistości. To, że ilość spożytej w przeliczeniu na obywatela USA margaryny koreluje z liczbą rozwodów w stanie Maine bynajmniej nie oznacza, że spożywanie margaryny grozi rozwodem. Prawda? Chociaż może należałoby to porządnie zbadać?


No właśnie, kiedy popatrzeć na prace eksperymentalne prowadzone na zwierzętach lub na izolowanych komórkach to okazuje się, że jest zupełnie odwrotnie. Progesteron hamuje procesy zapalne. Co o tym świadczy? Na przykład: u kobiet zdecydowany spadek stężeń progesteronu, który występuje przed miesiączką uaktywnia procesy zapalne w macicy, co powoduje jej złuszczanie się i występowanie krwawienia. Implantacja zarodka i podtrzymywanie ciąży możliwe są również dzięki temu, że wysoki poziom progesteronu hamuje proces zapalny i częściowo "neutralizuje" układ immunologiczny matki.

Chore receptory

Ale kto by tam się przejmował takimi drobiazgami. Wynik jest wynikiem a pieniądze zarobić trzeba. Mamy więc masę doradców, którzy wiedzą jak przy pomocy diety pozbyć się PMSu. Porady i wiedza za nimi stojąca bywają powalające. Australijska naturopatka, blogerka i autorka książki  Period Repair Manual: Natural Treatment for Better Hormones and Better Periods Lara Briden tłumaczy, że to nie poziom hormonów a niezdrowe (w znaczeniu chore) receptory hormonalne mogą być przyczyną występowania PMSu. Widzieliście kiedyś chore receptory? Z gorączką i zapchanym noskiem...? Co więc szkodzi naszym biednym receptorkom? Oczywiście zapalenie. I to chroniczne. Zaleca więc kobietom unikanie spożywania hamburgerów, frytek, słodyczy i soków. Poleca zaś warzywa, owoce, nasiona, orzechy, razowe pieczywo, ryby i sałaty.  Odkrywcze prawda? Nie jedz niezdrowo a będziesz się lepiej czuć! Z kolei Laureen Geertsen w swojej bestselerowej książce Quit PMS dokładnie z tego samego powodu poleca porzucić nasiona i orzechy, uważać na zielone warzywa, pomidory i ziemniaki a także  absolutnie wystrzegać się soi.
A co mówią w tej sprawie badania naukowe? Na przykład badanie z Journal of Women's Health z roku 2007 wskazuje na słabe związki diety z występowaniem PMSu - tylko ilość spożywanego tłuszczu w istotny sposób wpływała na występowanie syndromu. Do podobnych wniosków dochodzą badacze publikujący swoje wyniki w International Journal of Obstetrics & Gynecology w roku 2004 - brak związku pomiędzy spożyciem soi, warzyw i owoców a występowaniem PMS.
Żeby Was całkiem nie załamywać dodam, że pocieszające wieści dochodzą w sprawie ryb i zawartych w nich kwasów tłuszczowych z grupy omega 3. Wygląda na to, że spożywanie ryb i suplementacja kwasami omega 3 obniża nasilenie niekorzystnych objawów okołomiesiączkowych.

Więc na zły humor pod koniec cyklu strzelmy sobie rybkę! 

Źródło: www.healthnewslife

PS. I nie myślcie, że jestem przeciwniczką zrównoważonej i zdrowej diety, albo że na PMS pomogą tylko tabletki. Twierdzę tylko, że żeby stwierdzić, że jakieś zjawisko czy proces fizjologiczny leży u podstawy PMSu trzeba mieć ku temu solidne teoretyczne i badawcze przesłanki a tych na moje oko jak na razie brak.


Cytowana literatura:
O związku pomiędzy PMS a zapaleniem przeczytacie tutaj:
Gold, Ellen B., Craig Wells, and Marianne O'Neill Rasor. "The association of inflammation with premenstrual symptoms." Journal of Women's Health (2016).
O zmianach w stężeniach w trakcie cyklu przeczytacie tutaj:
Wander, Katherine, Eleanor Brindle, and Kathleen A. O'Connor. "C‐reactive protein across the menstrual cycle." American journal of physical anthropology 136.2 (2008): 138-146.
Gaskins, Audrey J., et al. "Endogenous Reproductive Hormones and C-reactive Protein Across the Menstrual Cycle The BioCycle Study." American journal of epidemiology 175.5 (2012): 423-431.
Więcej o progesteronie, rozmnażaniu i zapaleniach można przeczytać tutaj:
Robertson, Sarah A. "Control of the immunological environment of the uterus." Reviews of reproduction 5.3 (2000): 164-174.
O diecie i PMS:
Gold, Ellen B., et al. "Diet and lifestyle factors associated with premenstrual symptoms in a racially diverse community sample: Study of Women's Health Across the Nation (SWAN)." Journal of Women's Health 16.5 (2007): 641-656.
Nagata, Chisato, et al. "Soy, fat and other dietary factors in relation to premenstrual symptoms in Japanese women." BJOG: An International Journal of Obstetrics & Gynaecology 111.6 (2004): 594-599.
Sohrabi, Nahid, et al. "Evaluation of the effect of omega-3 fatty acids in the treatment of premenstrual syndrome:“a pilot trial”." Complementary therapies in medicine 21.3 (2013): 141-146.
Takeda, Takashi, et al. "Fish Consumption and Premenstrual Syndrome and Dysphoric Disorder in Japanese Collegiate Athletes." Journal of pediatric and adolescent gynecology (2016).