piątek, 17 marca 2017

Efekt borsuka czyli czy można zajść w ciążę w ciąży?

Dziś czysto o nauce. Bez żadnych wtrętów z codziennej sceny lekarsko-politycznej. W ramach dokształcania z języka nieojczystego a tego, którym posługuje się cała naukowa kraina zaglądam czasem sobie do New York Timesa. No i ostatnio natknęłam się na takie oto ciekawe pytanie:   

Can a woman have two fetuses in different stages of development in the uterus at the same time? 

A mówiąc prościej i po polsku:
 Czy można zajść w ciążę będąc w ciąży?

 


Tak, tak drogi Doktorze H (nie mylić z pewnym lekarzem, profesorem Ch), czy spotkał się Pan kiedyś z takim przypadkiem? Nie obejrzałam wszystkich odcinków Doktora House'a ale z tego co widziałam coś mi się wydaje, że mógł się nie spotkać. Stąd niedowierzanie w jego oczach. Ale wszystko w przyrodzie jest niemożliwe i dlatego piszę ten post.

Zacznijmy od borsuków

Borsuk jaki jest każdy widzi. Oczywiście borsuk europejski (Meles meles).Ten nieduży ssak drapieżny z rodziny łasicowatych dość powszechnie występuje w całej Europie w tym i w Polsce. Jest dietetycznym oportunistą czyli zżera wszystko jak leci ale najlepiej lubi dżdżownice. Potrafi też zapolować na królika albo czyjegoś ulubionego kotka. Dosyć łatwo przystosowuje się do środowiska i można go spotkać również w okolicach siedzib ludzkich. Samica rodzi od 1 do 5 młodych. Borsuki żyją w  rodzinnych norach i raczej preferują nocny tryb życia tak, że spotkać je na codzień, w lesie wcale nie jest łatwo. Nie dość, że śpią w ciągu dnia to zapadają jeszcze w sen zimowy i tak przesypiają sobie od grudnia do końca lutego czasem tylko budząc się by przekąsić conieco.
Milutki, prawda?

Fot. Nadleśnictwo Jeleśnia
No dobrze tylko co ma borsuk do wiatraka? Ano to, że samice borsuka potrafią uprawiać seks prawie przez cały rok a w ciążę zachodzą wtedy kiedy uznają, że warunki środowiskowe im odpowiadają. To znaczy kiedy poza norą jest w miarę miło i przyjemnie, świeci słoneczko a jedzenia jest w bród. Niby podobnie jak kobiety (poza tym słoneczkiem) a jednak trochę inaczej. Podczas gdy u kobiety ciąża nie rozwija się najczęściej dlatego, że w skutek aktu seksualnego do zapłodnienia nie doszło u borsuczycy niemal każda kopulacja kończy się zapłodnieniem. Zapłodnienie nie blokuje jednak kolejnej owulacji. Sprytna borsuczyca zamiast pozbywać się zarodków przechowuje je po prostu w jajowodach aż do najbliższego sezonu rozrodczego, który zwykle przypada na wiosnę. Przedłużona ciąża borsuczycy trwać może niemal 11 miesięcy pomimo, że ostateczny rozwój zarodka zajmuje od 40 do 49 dni. Dodatkowe zapłodnienie, czyli superfetacja (superfetation) może zachodzić w trakcie rozwijającej się ciąży a zagnieżdżone zarodki pomimo, że są w różnym wieku rodzą się w tym samym miocie. Dodam jeszcze, że są to zarodki pochodzące z kopulacji z całkiem różnymi tatusiami. Sprytnie, co?
Jak się to dzieje? Do końca nie wiadomo. Trudno prowadzi się badania na borsukach w warunkach naturalnych ze względu na ich tryb życia a laboratoria pełne chętnych do rozrodu borsuków po prostu nie istnieją. Jednak kilku naukowcom to się udało (o szczegółach możecie poczytać tutaj). Wiadomo jest, że borsucze zarodki przechodzą tak zwaną diapauzę (nie mylić z menopauzą lub andropauzą!) czyli rozwojowy areszt. W tym okresie ich metabolizm i podziały komórkowe zostają znacznie choć nie całkowicie zredukowane. W rezultacie zarodki powstałe w wyniku wcześniejszych kopulacji są trochę większe niż zarodki powstałe później. Można je więc łatwo rozróżniać. Dopiero gdy nadchodzi ten odpowiedni moment zarodki implantują się w macicy i zaczyna się ich normalny rozwój.
A wszystko oczywiście przez hormony, między innymi luteotropinę (LH), która wydziela się w okresie diapauzy z przysadki w niskich dawkach. To z kolei powoduje, że ciałko żółte powstałe po owulacji produkuje mało progesteronu i nie wspiera dostatecznie rozwoju zarodków. To sprawia, że drzemią sobie spokojnie w jajowodzie, aż do momentu kiedy warunki środowiska będą na tyle dobre by umożliwić ich bezpieczny rozwój.


Wróćmy do człowieków

No dobra, ja tu gadam o borsukach a Wy pewnie chcecie wiedzieć jak to jest z ludźmi. Czy ciąża to ostateczna i najbardziej pewna forma antykoncepcji i swobodnego, dzikiego i niczym nieograniczonego seksu? Muszę Was zmartwić. Otóż nie... Zjawisko superfetacji zdarza się również u kobiet. Na szczęście jest na tyle rzadkie, że nie musicie się specjalnie go obawiać. Chociaż, nigdy nie wiadomo. Licho, a właściwie embrion nigdy nie śpi!
Przekonała się o tym między innymi 31-letnia mama ze stanu Arkansas w USA Julia Grovenburg. Państwo Grovenburg bezskutecznie starali się o dziecko przez wiele lat. Właściwie podjęli już decyzję o adopcji ale postanowili dać sobie ostatnią szansę na naturalne poczęcie. Ich radość była wielka, gdy okazało się, że Julia jest w ciąży a zaskoczenie jeszcze większe po pierwszym badaniu usg. Lekarz prowadzący ciążę odkrył bowiem, że w brzuchu pacjentki czai się następująca sytuacja:



To co widzicie to dwa zarodki, w osobnych pęcherzach płodowych,  większy w wieku 11 tygodni a mniejszy 8.5 tygodnia. Niezły żarcik przyrodniczy! 
Pomimo obaw lekarzy, rozwój obu zarodków przebiegał prawidłowa a ciąża zakończyła się cesarskim cięciem i urodzeniem takiej o to parki. Jillian (po lewej) jest rozwojowo starsza od Hudsona (po prawej) o 2.5 tygodnia choć niemowlęta urodziły się tego samego dnia.



McNamara. Typical and atypical twinning. 
Am J Obstet Gynecol 2016
.
W całej literaturze medycznej opisanych jest około 10 przypadków superfetacji u kobiet. We wszystkich medycznie potwierdzonych przypadkach różnica w wieku zaimplantowanych zarodków nie jest większa niż kilka tygodni (maksymalnie 5). Tak jak w przypadku Julii Grovenburg superfetacja często związana jest z zaburzeniami płodności. Coś gdzieś nie działa tak jak potrzeba a najczęściej oczywiście układ wydzielania hormonów jajniki-przysadka-podwzgórze. Superfetacje zdarzają się też częściej w przypadku zapłodnienia in-vitro gdy pomimo implantacji dalej stosuje się hormonalną stymulację. No i niestety, szczęśliwych rozwiązań nie ma zbyt wielu. 
Ale właściwie jak to się dzieje? Otóż okazuje się, że krótko po zapłodnieniu wciąż mogą rozwijać się prawidłowe komórki jajowe. Zazwyczaj szybko rosnący w trakcie ciąży poziom progesteronu matczynego a potem płodowego doprowadza do degeneracji tych komórek ale obserwacje  poczynione na preparatach sugerują, że z bliżej niewyjaśnionych przyczyn, niektóre komórki jajowe nie degenerują i pozostają jeszcze przez chwilę zdatne do zapłodnienia.  Ale nawet w takim przypadku rzecz staje się mało prawdopodobna przez zaczopowanie szyjki macicy gęstym śluzem, które również odbywa się pod wpływem progesteronu i uniemożliwia wędrówkę plemników do potencjalnie gotowej komórki jajowej. Do tego jeszcze najczęściej niedrożne jajowody no i kłopot z implantacją w zajętej już uprzednio przez brata  lub siostrę macicy. Wszystko to sprawia, że superfetacja u kobiet wydaje się bardzo mało prawdopodobna do tego stopnia, że niektórzy kwestionują wręcz w ogóle jej istnienie. Alternatywne wytłumaczenia obejmują: 
1) zaburzenia wzrostu obejmujące tylko jedno z normalnych, dwójajowych bliźniąt. Zaburzenia te mogą wynikać z niedorozwoju łożyska, infekcji lub zaburzeń genetycznych u jednego z bliźniąt;
2) urodzenia w odstępie czasowym skutkujące wyglądem bliźniąt, który sugeruje różnicę w rozwoju
3) pomyłka diagnostyczna na wczesnym etapie polegająca na rozpoznaniu ciąży pojedynczej.

Pewności nie ma ale są dzieci. Jak podaje wikipedia:
W 1960 r dwóch chłopców z USA, Anthony John i Mark Francis, których rozwojowo dzieliło 2 miesiące.
W 1992 znów dwóch chłopców na Hawajach, Taylor i Evan, rozwojowo dzielił ich 1 miesiąc.
W 2007 aż dwa przypadki Ame i Lia oraz  Harriet i Thomas z Wielkiej Brytanii, obie pary dzieliło ok. 3 tygodni.
W 2009 opisywany wcześniej przypadek Jillian i Hudsona, z USA.
W 2015 przypadek Katie i Petera poczętych w odstępie 10 dni, i urodzonych tego samego dnia w Australii.

Niesamowite, jak biologia wciąż może nas zaskakiwać nawet na naszym własnym podwórku. Cieszę się, że ciągle jest o czym pisać!

Cytowana literatura:
O biologii rozmnażania borsuków:
Corner, L. A., Stuart, L. J., Kelly, D. J., & Marples, N. M. (2015). Reproductive Biology Including Evidence for Superfetation in the European Badger Meles meles (Carnivora: Mustelidae). PloS one, 10(10), e0138093.
O przypadkach superfetacji u kobiet :
Scrimgeour, J. B., & Baker, T. G. (1974). A possible case of superfetation in man. Journal of reproduction and fertility, 36(1), 69-73.
Tuppen, G. D., Fairs, C., De Chazal, R. C., & Konje, J. C. (1999). Spontaneous superfetation diagnosed in the first trimester with successful outcome. Ultrasound in obstetrics & gynecology, 14(3), 219-221.
O owulacji w ciąży indukowanej clomiphenem oraz więcej przypadków superfetacji:
Sammour, A., Biljan, M., Tan, S. L., & Tulandi, T. (2001). A documented clomiphene-induced follicular development in pregnancy: Case report. Human Reproduction, 16(6), 1098-1099.
O alternatywnych hipotezach wyjaśniających superfetacje u ludzi:
McNamara, H. C., Kane, S. C., Craig, J. M., Short, R. V., & Umstad, M. P. (2016). A review of the mechanisms and evidence for typical and atypical twinning. American journal of obstetrics and gynecology, 214(2), 172-191.

piątek, 21 października 2016

Pseudonauka w służbie ideolo. Studium przypadku

 Dowiedziałam się dziś ciekawej rzeczy. Otóż profesor dr hab. Bogdan Chazan, były dyrektor Szpitala Świętej Rodziny w Warszawie, od niedawana orędownik rodzenia za wszelką cenę oraz obrony życia od momentu poczęcia powiedzieć miał, że cyt. osoby o poglądach lewicowych częściej mają problemy z zajściem w ciążę, a przyczyną zaburzeń płodności jest przesadna dbałość o szczupłą sylwetkę (źródło).
Zdziwiło mnie to tak mocno, że przysłowiowa „szczęka spadła mi na podłogę”. 

  
Postanowiłam więc formalnie ustosunkować się do stwierdzeń, które profesor raczył wypowiedzieć na naukowym sympozjum współorganizowanym przez Wojewodę Wielkopolskiego oraz Katedrę i Klinikę Neonatologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Oto moja odpowiedź. Nie emocjonalna. Chociaż teraz trzęsą mi się ręce ze złości!


Szanowny Panie Profesorze,
Z wielkim zdumieniem przeczytałam zamieszczoną w prasie wypowiedź, którą miał Pan wygłosić w trakcie sympozjum naukowego współorganizowanego przez Wojewodę Wielkopolskiego oraz Katedrę i Klinikę Neonatologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu i zatytułowanego "Profilaktyka, rozpoznanie przyczyn i leczenie niepłodności". W trakcie tego sympozjum miał Pan powiedzieć, że cyt: Osoby o poglądach lewicowych częściej mają problemy z zajściem w ciążę, a przyczyną zaburzeń płodności jest przesadna dbałość o szczupłą sylwetkę (źródło: Głos Wielkopolski z dnia 21 października 2016).
Wypowiedź Pana Profesora uważam nie tylko za społecznie szkodliwą ale również nie popartą żadnymi wynikami prac naukowych opublikowanymi w światowej literaturze naukowej.
Kobiety szczupłe nie mają problemów z zajściem w ciążę. Przeciwnie, w ich przypadku szansa na zajście w ciążę jest wyższa w porównaniu z kobietami z nadwagą i kobietami otyłymi. Świadczą o tym wyniki wielu badań opublikowanych w światowych czasopismach naukowych. W badaniach tych zaobserwowano zależność pomiędzy szansą na zajście w ciążę a otłuszczeniem określonym przy pomocy wskaźnika masy ciała (BMI). U kobiet z nadwagą i otyłością (BMI powyżej 25) obserwuje się obniżoną szansę na zajście w ciążę, przy czym wzrost BMI o jedną jednostkę (1 kg/m2) związany jest z 4% spadkiem szansy na ciążę (badania van der Steeg i wsp. 2007). Podobny efekt zaobserwowano w innych badaniach (np. Gesink Law i zespół 2006 oraz Wang i  zespół, 2000). W przypadku kobiet o niższym otłuszczeniu obniżoną szansę na ciążę obserwowano jedynie u kobiet bardzo szczupłych o BMI poniżej 18-19 kg/m2.
            Ponadto, kobiety z nadwagą i otyłe mają większą szansę na ciążę jeśli schudną. Spadek masy ciała w efekcie aktywności fizycznej i utrzymywania diety związany jest z podwyższeniem szansy na ciążę, zarówno w wyniku zapłodnienia naturalnego i jak i metodą in vitro. Wykazały to między innymi badania autorów Clark i zespołu (1995), Hollmann i zespołu (1996) oraz Kort i zespołu (2014). Najważniejsze wyniki badań w tym zakresie podsumował Norman z zespołem w artykule opublikowanym w Human Reproduction w 2004 roku. Wynika z niego jednoznaczny wniosek, że to nadwaga i otyłość a nie szczupłość związana jest z mniejszą szansą na ciążę.
Podobne wyniki mamy również dla polskich kobiet. W pracy doktorskiej oraz artykule z roku 2008 opublikowanym, razem z zespołem, w czasopiśmie Human Reproduction przeprowadziłam analizę zależności pomiędzy zawartością tkanki tłuszczowej w organizmie oraz poziomem estradiolu. Poziom tego hormonu mierzyliśmy codziennie w trakcie trwania całego cyklu menstruacyjnego. Kobiety szczupłe, które charakteryzowała niska zawartość tkanki tłuszczowej miały około 25-35% wyższy poziom estradiolu w porównaniu z kobietami o bardzo niskiej zawartości tkanki tłuszczowej oraz z kobietami z nadwagą i otyłością, które charakteryzowała wysoka zawartość tkanki tłuszczowej. Podobne wyniki, obniżonego poziomu estradiolu u kobiet z nadwagą i bardzo szczupłych,  uzyskali inni autorzy (Grenman i zespół, 1986, Kopelman i zespół, 1980, Leenen i zespół,1994 oraz Tworoger i zespół, 2006). Obniżony poziom estradiolu w cyklu menstruacyjnym, a zwłaszcza w pierwszej (folikularnej) fazie cyklu związany jest z  obniżoną szansą na zajście w ciążę zarówno w przypadku poczęć naturalnych  jak i poczęć w wyniku procedury in vitro (służę literaturą w tym zakresie).
            Nieznane mi są natomiast z literatury naukowej, żadne badania, które potwierdzałyby związek masy ciała bądź otłuszczenia z poglądami i orientacją polityczną.
            Szanowny Panie Profesorze, apeluję do Pana o większą rozwagę w wygłaszanych opiniach. Jako akademików, obowiązuje nas zasada mówienia tylko naukowo potwierdzonych prawd.

Z poważaniem,
dr n.med. Anna Ziomkiewicz-Wichary

środa, 5 października 2016

Strajk Kobiet czyli o tym jakie piekło szykują nam politycy


Jeszcze nie wyschło błoto z butów strajkujących w miniony, czarny poniedziałek (3 października) kobiet a już słyszę od różnych osób, że sprawa ustawy antyaborcyjnej to problem drugorzędny. Że stoi za nim coś więcej. Że to przykrywka dla przyjęcia umów CETA i TTIP. W domyśle czegoś dużo ważniejszego niż jakieś tam prawa kobiet do samostanowienia. Że tak naprawdę rządzący nie mają żadnego spójnego planu co do polityki rozrodczej w Polsce i bawią się w sondowanie opinii publicznej. Że to wyborcza kiełbasa i problem zastępczy, o którym wszyscy za chwileczkę zapomnimy.
Trudno mi się z tym zgodzić zwłaszcza, że sprawa dotyczy potencjalnej penalizacji ponad 10 mln osób w naszym kraju. Bo przecież niemal każda kobieta w wieku rozrodczym może poronić i w związku z tym zostać oskarżona o umyślne spowodowanie śmierci płodu. W myśl projektu ustawy antyaborcyjnej Stowarzyszenia Ordo Iuris nie wiadomo na podstawie jakich kryteriów i kto decydować ma o umyślności bądź nieumyślności przyczynienia się do śmierci płodu. Tak więc każda z nas kobiet jest potencjalną morderczynią i nawet jeśli nie zostanie wspaniałomyślnie ukarana, zostanie wpisana w rejestr sprawców wykroczeń. A to skutkuje ograniczonym dostępem kobiet do wykonywania niektórych zawodów i pełnienia niektórych funkcji państwowych.
Trudno mi się zgodzić ze stwierdzeniami tego rodzaju z jeszcze jednego  powodu. Odnoszę wrażenie, że postawa posłów z ugrupowania rządzącego wobec projektu ustawy Ordo Iuris zakazującego całkowicie aborcji to część większego planu, który pomalutku wprowadzany jest w życie. Tuż za naszymi plecami. Plan ten obejmuje nie tylko regulację kwestii aborcji ale także zakaz antykoncepcji, kompletny odwrót od procedury in vitro i ograniczenie dostępu do nieindoktrynowanej edukacji seksualnej. A wszystko w imię dobra suwerena. Czyli nas.

Diabelska antykoncepcja

Pomysł, że kobiety mogą same i niezależnie od woli kogokolwiek, decydować o tym kiedy i z kim urodzić dziecko budzi głęboki sprzeciw nie od dzisiaj. Ale w dobie ujemnego przyrostu naturalnego, „zalewu emigrantów” (który jakoś nam się dziwnym trafem nie przydarza) i potencjalnego skażenia puli genetycznej „prawdziwych Polaków” przez geny obce wywołuje reakcje wręcz dramatyczne. Dlatego już w marcu 2016 roku Minister Zdrowia Konstanty Radziwiłł mówił o tym, że należy absolutnie „przywrócić normalność” i wycofać ze sprzedaży bez recepty ElleOne – antykoncepcyjną tabletkę postkoitalną. Ponieważ nie tak łatwo jest wycofać decyzję poprzedniego Ministerstwa, bez wywołania powszechnej furii i sprzeciwu, sprawa jest ciągle w toku. Ale z nieoficjalnych źródeł już wiadomo, że z końcem 2016 dostęp do ElleOne ma zostać ograniczony receptą (źródło portal rynekaptek.pl).
O wiele łatwiej było natomiast przeprowadzić inną rzecz. Całkiem niedawno dowiedzieliśmy się, że z aptek zniknął preparat antykoncepcyjny Patentex Oval. Tani środek z niezbyt skutecznej ale porównywalnej z prezerwatywą grupy preparatów antykoncepcji chemicznej. Burza wybuchła bo Patentex ponoć wycofany został nie na wniosek Ministerstwa Zdrowia, jak doniósł Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, ale samego producenta. I niby nie problem, jak napisało kilka osób: „nieskuteczny środek, sam się wyeliminował z rynku”. Tylko, że Patentex był ostatnim, tanim i dostępnym bez recepty środkiem antykoncepcyjnym. Ograniczony został więc dostęp do antykoncepcji dla kobiet bardzo młodych, mniej zamożnych oraz tych, które z przyczyn medycznych nie mogą przyjmować pigułek hormonalnych.
Możecie pomyśleć, nie jest tak źle wciąż mamy pigułki i spirale. Sęk w tym, że jeśli przez głosowanie sejmu i senatu przejdzie jakakolwiek ustawa definiująca życie człowieka jako rozpoczęte w momencie zlania się komórki jajowej z plemnikiem otworzy to drogę do delegalizacji również i tych środków w Polsce. Wszelkie domaciczne wkładki mają bowiem w składzie substancje nie dopuszczające do zagnieżdżenia zarodka w macicy.
Radykalny projekt złożony w trybie petycji do kancelarii sejmu a przygotowany przez członków 86 organizacji pro-life (tylko czyj ten lajf?) przewiduje karę ograniczenia wolności do lat 2, zarówno za produkcję jak i za dystrybucję a nawet bezpłatne użyczanie  środków wczesnoporonnych i antynidacyjnych (określenie to nie występuje w terminologii medycznej ale oznacza wszystkie środki zapobiegające zagnieżdżeniu zarodka w macicy). Delegalizuje, więc de facto, antykoncepcję w Polsce.

Wyjątkowa perfidia działań przeciw in vitro

Procedura zapłodnienia in vitro czyli zapłodnienia poza ustrojem matki, pozwala doczekać się dzieci parom, które w każdy inny sposób skazane są na bezdzietność. Od początku rządowego programu finansowego wsparcia procedury, wprowadzonego przez koalicję PO-PSL w 2013 r, urodziło się tą metodą ponad 4 tys. dzieci. Niby wpisuje się to w plan zwiększania przyrostu naturalnego ale jednak coś z nią jest „nie tak”. No bo przecież to nie po bożemu mieć „dziecko z probówki”, w dodatku jak wiadomo z „dotykową bruzdą” na twarzy. Samemu i wbrew bożej woli zdecydować czy się chce i kiedy się chce a czasem i z jakim zespołem genów (choć nie koniecznie z jakim partnerem) się chce mieć to dziecko.
Zabronić in vitro tak łatwo się nie da, bo wtedy trzeba by powiedzieć otwarcie, że jest się przeciwko dobru suwerena. Można za to tak pomajstrować wokół samych warunków przeprowadzenia procedury by stała się niedostępna i nieskuteczna. Co więc robi Ministerstwo Zdrowia? Oczywiście wycofuje się z finansowania in vitro z budżetu państwowego. Niemal 18 tysięcy par w trakcie procedury zapłodnienia metodą in vitro będzie musiało zapłacić za nią z własnej kieszeni. Na nieszczęście dla naszych rządzących a na nasze szczęście są jeszcze trzeźwo myślące władze samorządowe, które finansują procedurę z budżetów samorządowych. Okazało się więc, że rządowe zaprzestanie finansowania to za mało.
Jak z kapelusza wyskoczył wtedy poselski projekt ustawy o obronie życia i zdrowia nienarodzonych dzieci poczętych in vitro  w myśl, której życie dziecka definiowane jest od momentu zlania się komórki jajowej i plemnika. W procedurze można będzie więc utworzyć tylko jeden zarodek i umieścić go w ciele kobiety w okresie nie dłuższym niż 72 godziny. Do tej pory zarodków można było utworzyć nie więcej niż 6 chyba, że specyficzne medyczne uwarunkowania wskazywały na potrzebę utworzenia i wszczepienia większej ich liczby. Głosami wszystkich posłów PiS i kilkudziesięciu w sumie posłów Kukiz’15, PO i PSL projekt przeszedł do dalszych prac.  Przy tworzeniu projektu ustawy posłowie zrezygnowali z jakiegokolwiek wsparcia ekspertów. W efekcie czego projekt zaprzecza podstawowej wiedzy z zakresu biologii rozmnażania. A z tego co wiemy, nawet do 30% zarodków odrzucanych jest przez organizm matki w trakcie pierwszych trzech miesięcy ciąży. Przyczyny są rozmaite – od genetycznych i fizjologicznych wad zarodków, których nie da się rozpoznać na tak wczesnym etapie  po niesprzyjające hormonalne i immunologiczne środowisko w organizmie matki.
Wszczepienie pojedynczego zarodka będzie się równać z głęboko zaniżoną szansą na zajście w ciąże w wyniku in vitro. Uczyni więc tą procedurę nie tylko bardzo drogą ale i nieskuteczną. Liczy się jednak polityczny efekt: przecież nasi dobrzy posłowie nie zakazują in vitro, walczą tylko w obronie nienarodzonych zarodków. A wszystko w naszym imieniu…

Niemoralna edukacja

Przytoczony na początku wpisu projekt zaostrzenia prawa aborcyjnego nie tylko penalizuje usuwanie ciąży nawet w tak drastycznych sytuacjach jak gwałt czy upośledzenie płodu w stopniu uniemożliwiającym jego przeżycie poza organizmem matki, usuwa też z dotychczas istniejącej ustawy legalny dostęp do edukacji seksualnej i wiedzy o metodach antykoncepcji zastępując ją „wychowaniem do życia w rodzinie obejmującym wiedzę o zasadach odpowiedzialnego rodzicielstwa oraz wartości rodziny i ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci”. Nauczanie  to ma respektować wartości moralne rodziców dzieci. W praktyce wprowadza więc zupełną dowolność w zakresie tego co w ramach zajęć mają nauczyć się młodzi ludzie. A skoro antykoncepcja ma być zakazana prawem, ze wszelką pewnością dzieci nie dowiedzą się o niej niczego. Przy obecnym klimacie polityczno-obyczajowym trudno w ogóle oczekiwać, że dzieci dowiedzą się czegokolwiek o seksie. Już teraz dostęp do szkół pracowników takich fundacji jak Ponton, które zajmują się edukacją seksualną jest bardzo utrudniony jeśli nie zupełnie niemożliwe – patrz wywiad z MinisterEdukacji Narodowej Anną Zalewską, która proponuje edukację seksualną „przede wszystkim w domu”. Skóra mi cierpnie kiedy słyszę o tym pomyśle ale to tylko moja skóra lewackiego wykształciucha.
Autorzy projektu ustawy i politycy PiS wychodzą więc z założenia, że jeśli o seksie i antykoncepcji nie będziemy głośno mówić to się nie wydarzą. Problem w tym, że taka postawa ma się do rzeczywistości tak jak pięść do oka. Jak mylne są te przekonania widać choćby na przykładzie głośnej sprawy ciężarnej 12-latki ze Starachowic, której partnerem seksualnym był 13-latek. Ciąże niechciane zdarzały się i będą zdarzać się zawsze. Blokowanie dostępu do edukacji seksualnej i wiedzy o metodach antykoncepcyjnych sprawi, że ich konsekwencje będą dużo bardziej dramatyczne zarówno dla matek jak i ich potencjalnych dzieci.

Co Ministerstwo oferuje nam w zamian?

Tego nie wie nikt… Narodowy Program Wspierania Prokreacji to mglista mieszanina obietnic i ideologicznego mambo-dżambo finansowana za pieniądze zaoszczędzone w ramach obcięcia budżetu in vitro. Z pomruków ministra Radziwiłła i jego wiceministra Jarosława Pinkasa  dowiadujemy się o „całościowym programie wspierania prokreacji”, tworzeniu „klinik referencyjnych”, w których bezpłodni pacjenci uzyskają dostęp do „procedur diagnostycznych” i „mądrej porady”. Czyjej? Nie wiadomo, ale biorąc pod uwagę agresywną postawę kościoła katolickiego w sprawie kontroli procesu rozmnażania (a raczej jej braku) i służalczy stosunek rządu wobec kościoła, można się domyślać kim będą Ci, którzy zaoferują to wsparcie. Zastanawiam, się czy to właśnie ta „mądra porada” natchnęła wiceministra do chirurgicznie precyzyjnej diagnozy niepłodności i bezpłodności męskiej w postaci za ciasnych gaci.
Przez chwilę słyszeliśmy o naprotechnologii jako rządowo wspieranej i ideologicznie w pełni „bezpiecznej” metodzie planowania rodziny. Co wiemy na jej temat? Właściwie niewiele oprócz tego, że opiera się na obserwacji temperatury i śluzu szyjki macicy.  Medyczne piśmiennictwo światowe w sprawie skuteczności metody naprotechnologicznej ogranicza się, jak na załączonym obrazku, do sześciu publikacji w czasopismach tak branżowo znakomitych, że nikt o nich nie słyszał.



A co dla tych, którzy nie chcą mieć dzieci. No cóż, wygląda na to, że szklanka zimnej wody albo kara ograniczenia wolności. Wybór jest Wasz i mój…

Smutna konstatacja

Ze studenckich wykładów z neurobiologii przypomina mi się eksperyment ze szczurami, którym naukowcy pozwolili na samodrażnienie ośrodków przyjemności/rozkoszy w mózgu. Szczury nie bacząc na głód, chłód i niewygody naciskały klapkę odpowiedzialną za pobudzanie tego ośrodka w mózgu aż do upadłego. Patrząc z perspektywy ludzkiej i teraźniejszej mam wrażenie, że politycy traktują nas jak owe szczury. Nie ważne co się nam przydarzy po drodze, ważne by na końcu dostać 500 do ręki.
I dlatego cieszę się bardzo, że kobiety w końcu tupnęły głośno nogę wyrażając swój zdecydowany sprzeciw polityczno-moralnej zabawie obozu rządzącego. I apeluję: nie bądźmy szczurami w rękach PiS eksperymentatorów.

PS. 5.10.2016 W chwili kiedy pisałam ten post sejmowa Komisja Sprawiedliwości odrzuciła projekt Ordo Iuris o całkowitym zakazie aborcji. O jego dalszym losie zadecyduje jutrzejsze sejmowe głosowanie. Ale nie mam wątpliwości co do tego, że nawet jeśli ten projekt polegnie pojawią się następne. Podobne.   

PS. 6.10.2016 Nie trzeba było długo czekać. Polska Federacji Ruchów Obrony Życia dowiozła dziś podpisy do swojego projektu w sprawie aborcji. 160 tysięcy. Pełny tekst propozycji ustawy można przeczytać tutaj. Mamy wszystko: nielegalną aborcję, nielegalne środki antykoncepcyjne oraz ochronę życia od momentu zlania się komórek męskiej i żeńskiej.